Informacje

  • Wszystkie kilometry: 37851.27 km
  • Km w terenie: 0.00 km (0.00%)
  • Czas na rowerze: 10d 07h 11m
  • Prędkość średnia: 18.42 km/h
  • Więcej informacji.
baton rowerowy bikestats.pl

Moje rowery

Szukaj

Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy emes.bikestats.pl

Archiwum

Linki

Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2018

Dystans całkowity:875.56 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:12
Średnio na aktywność:72.96 km
Więcej statystyk
Niedziela, 29 lipca 2018

po mieście

  • DST 3.00km
  • Sprzęt jawol
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 27 lipca 2018

Karpacki Hulaka 2018

Druga edycja maratonu Karpacki Hulaka miała trochę inną formułę niż zeszłoroczna. Teraz, zamiast segmentów, do zaliczenia mieliśmy osiem punktów kontrolnych, z których pominąć mogliśmy jeden. Punktami tymi były schroniska, za wyjątkiem Obidowej, gdzie wystarczyło stawić się na stacji benzynowej przy Zakopiance.

Z tego też powodu Obidową we wstępnym planie pominąłem. Trzeba by ją jechać w obie strony przez Rdzawkę albo nocą. W dzień na Zakopiance nie uśmiechało mi się ginąć pod kołami TIRa lub tatrzańskiego turysty.

Trasę pomiędzy punktami mieliśmy zaplanować sami. To okazało się nie tylko największym wyzwaniem ale i niezłą podpuchą, na którą dałem się złapać. Mając ograniczony w tym sezonie czas na treningi, nie nastawiałem się na wynik, tylko na górską przygodę i chwilę wakacji. Pociągnąłem więc kreskę dość lekkomyślnie, przewidując po drodze sporo szutru, a także szlaki piesze.

Do pokonania tej trasy wybrałem AWOLa, czyli stalowego gravela. Po tegorocznym zakupie szosówki odzyskał on oryginalne, szerokie opony oraz błotniki. W takiej konfiguracji zabrałem go na maraton. Nie ma co ukrywać, rower był nieprzyzwoicie ciężki.


W Krakowie pojawiam się w czwartek po południu. Z dworca odbiera mnie Damian, który ze startu zrezygnował, ale nie odpuścił okazji by spotkać się na piwo. Na mieście jeszcze spotykamy się z Grześkiem, wciągamy potężne burgery, i udajemy na spoczynek.

Hotel okazuje się być wygrzaną przez słońce do czerwoności betonową norą. Otwieram okna na oścież bo inaczej nie ma mowy o spaniu. Niestety, do północy hałasują tramwaje a od drugiej kręcić zaczyna się imprezowe towarzystwo. Spocony, po trzech, może czterech godzinach snu, zbieram się do wyjścia. Na starcie staję o 4:41 i ruszam przed siebie.



Okolice Krakowa spowija mgła. Ale nie chłodna, jak na poranną porę przystało, tylko gorąca, lepka, tropikalna. Sunąc przez to mleko docieram do przeprawy promowej. To ewidentna pomyłka i efekt wgrania do nawigacji starszej wersji trasy. Na szczęście Wisła w tym miejscu jest wąska a prom maleńki, więc kursuje bez przerwy, zbierając po jednym samochodzie. Przeprawiam się w zasadzie bez opóźnień.



W okolicach Wadowic mleko rozrzedza się, a ja ląduję na krajówce. Kolejny efekt pomyłki z trasą. Dzięki wczesnemu startowi, na szczęście, jestem tu jeszcze przed porannym ruchem i w Andrychowie ewakuuję się w stronę gór. Mijam zaporę w Porąbce i powoli wspinam na Przegibek. Stamtąd do pierwszego punktu — schroniska na Magurce — prowadzi szlak pieszy. Zaskakuje mnie stromizną i luźnymi kamieniami, na szczęście jednak zaraz krzyżuje się z łagodniejszą szutrówką, którą pokonuję większość drogi na szczyt. Tam piję długo wyczekiwaną kawę, jem loda i ruszam dalej.



Zjazd z Magurki zaskakuje mnie stromizną. Pofałdowany asfalt nie pozwala się rozpędzić, ręce bolą od zaciskania klamek, hamulce wyją. Zatrzymuję się i pryskam wodą na tarcze. Buchają kłęby pary. Pod koniec zjazdu mijam dwóch wspinających się szosowców ale nawet nie mam jak się zatrzymać by sprawdzić czy to nasi (a przynajmniej jeden był).

Przez okolice Żywca ruszam trochę naokoło, zaliczając brakującą gminę. Przy okazji trafiam też na wąską pieszą kładkę przez rzekę, w miejscu gdzie według mapy miał znajdować się most.



Mgła już się rozwiała, chmury odsłaniają błękit nieba, a słońce zlewa wszystko bezlitosnym żarem. Jestem cały mokry, piję cały czas, a w gardle ciągle suchość. Obawiam się trochę o dostęp do wody na rzadko przecież zaludnionej Słowacji.

Rozmyślania przerywa samochód, który wyprzedza mnie i od razu skręca w prawo. Na szczęście ja też skręcałem, bo inaczej wypadek byłby murowany. Ten manewr to klasyka i — co mnie ciekawi — zawsze doświadczam go w wykonaniu kobiet. Mężczyźni mają inne sposoby na próbę morderstwa, ale ten to wybitnie specjalnosć damska. Ponieważ nic się nie stało, nie robię nawet awantury, bo pewnie nie spokałoby się to ze zrozumieniem.

Gorąc przydusza mnie na podjeździe tak, że kilka razy staję dla nabrania tchu i zwilżenia gardła. Upał to zdecydowanie nie moje warunki, wolę już jazdę w deszczu. To dopiero drugi punkt a ja już czuję zmęczenie. Docieram w końcu do schroniska, zamawiam pierogi i żurek, w oczekiwaniu nawadniając się radlerem. Tu dopada mnie Bogusław, który startował blisko półtorej godziny później. Całość jedzie szosówką, po asfalcie. Zaraz znika i pędzi dalej.



Ja decyduję się na zjazd szutrami do Rajczy. Trasa zaplanowana na mapie, więc oczywiście w kluczowym miejscu okazuje się, że wybraną drogę pokrywa trawa do pasa. Podążam więc tą bardziej przejezdną, świadom nadkładania drogi. Przejezdna to ona jest może przez kilometr, potem powoli zanika, zamieniając się w podmokłą łąkę, którą wspinam się ku szlakowi pieszemu. Tego już nie odpuszczam, aż do okolic Rajczy. Niestety, jazdy tu jest niewiele, a więcej sprowadzania roweru po luźnych kamieniach. Na tym skrócie tracę pewnie z godzinę w stosunku do tego co osiągnąłbym zjeżdżając ta samą drogą, którą dostałem się na szczyt, i objeżdżając górę dołem. No i męczę się pewnie ze dwa razy bardziej.



Na końcu tej drogi zrasza mnie dość intensywny ale krótki opad. Dłuższy deszcz spędzam pod sklepem w Rajczy, posilając się pomarańczą. Wtedy ktoś mnie wyprzedza. Wskakuję więc na koń i dopadam rywala. To Krzysiek. On też startował grubo po mnie. Ucinamy sobie pogawędkę, gdy nagle, na podjeździe przed granicą, coś się dzieje niedobrego. Zanika moc w nogach. Krzysiek odjeżdża do przodu a ja gonię z wywieszonym jęzorem ale żenująca prędkością.

W pierwszej słowackiej wsi wpadamy do restauracji. Powinienem pewnie coś zjeść ale głodny w ogóle nie jestem. Wlewam za to w siebie dwa kufle Kofoli. W tym czasie dojeżdża do nas Sylwek i w trzyosobowym składzie ruszamy dalej ale szybko się rozdzielamy. Ja zajeżdżam pod bankomat i tracę kolegów z oczu. Zresztą, na ten fragment Słowacji każdy ma inny wariant trasy.

Jadę krajówką i mam wrażenie jakbym przeniósł się do Polski sprzed 15 lat. Asfalt taki sobie, dziur sporo, a wszyscy zasuwają jakby życie miało im uciec. Pora dość niefortunna, bo to piątek po 16, więc ruch jest spory. Mijam po drodze jakąś elektrownię węglową osmaloną jak Mordor w czasach świetności, potem zamek godny Draculi na szczycie ogromnej góry, aż docieram do Dolnego Kubina i robię postój na kawę na stacji. Szybko kalkuluję, że coś niedobrego dzieje się z moim tempem, a typowy kryzys przed 200 km nie chce odpuścić, tylko uparcie trzyma.

Pocieszające to, że zaraz żegnam się z krajówką i w końcu wspinam boczną drogą, by gdzieś pod Sielnicką Horą ujrzeć po raz pierwszy Tatry. Na zjeździe cieszę się z wyboru gravela, bo asfalt uległ tu zmieleniu przy wydatnej współpracy wezbranego strumienia i maszyn zwożących drewno z lasu. W końcu ląduję nad jeziorem Liptovska Mara, gdzie pośród kempingów i parków rozrywki dojeżdżam do Liptovskiego Mikulaša. Tam nie zastanawiam się długo, tylko stawiam na pewny posiłek w McDonald's. Niestety, szybko nie jest, bo akurat wpada tam jakaś wyjątkowo liczna rodzina i blokuje kolejkę. Smaku też niewiele, ale przynajmniej kalorie przyjęte.

Boczną drogą, która nagle gubi asfaltową nawierzchnię, docieram do Žiaru, skąd rozpoczynam wspinaczkę ku schronisku. Na zjeździe mijają mnie Sylwek, Krzysiek, oraz ktoś jeszcze, kto nie traci czasu na rozmowy. Wspinam się ślamazarnie, do schroniska docieram na tyle późno, że pan w barze ze skwaszoną miną w drodze wyjątku podaje mi porcję ciasta już po zamknięciu. Chwilę później reflektuje się, że coś jest na rzeczy, zadaje kilka pytań o moją jazdę, po czym odzyskuje humor tak jak odzyskuje się go w towarzystwie nieszkodliwych wariatów.

Ubieram się i zjeżdżam. W Mikulašu spotykam Marcina, który na MTB zrobi genialny wynik. Potwierdza, że czeka mnie nudna część trasy. Jechałem tędy w 2015, na moim pierwszym maratonie, ale w dół. Teraz nudna, powolna wspinaczka samotną drogą w środku nocy nie nastawia mnie optymistycznie. Próbuję jeszcze skrótem ominąć Liptovsky Hradok, ale widok betonowych płyt na drodze i szczekanie psów w oddali odwodzi mnie od tego planu.

Na skrzyżowaniu z autostradą motam się, z myśleniem coraz gorzej. Monotonia trasy o takiej porze to przekleństwo. Gdzieś za Vavrišovem poddaję się. Zjeżdżam w pole, zawijam w folię i śpię porządnie, całą godzinę. Potem jest lepiej, bo światło przełamuje ciemności nocy i wydobywa grań Tatr na widok. Gdy docieram do podjazdu pod Sliezsky Dom, jest już widno a pierwsze promienie słońca miło przygrzewają.



Ten podjazd to męka. Siły nie wróciły, więc powolne giełganie przerywam co chwilę postojem na maliny, które często porastają pobocze. Pod schroniskiem spotykam kolejnego zawodnika (imię, niestety, gdzieś mi uleciało). Częstuje mnie posiłkiem z liofilizatu, poprawiamy to radlerem i kawą, i ruszamy w dół. On ma niesprawne hamulce, więc w efekcie zjeżdżam znacznie szybciej.



Na głównej drodze dopada mnie niebezpieczna senność, więc w Tatranskiej Lomnicy wjeżdżam do parku i ucinam kwadrans drzemki w cieniu drzewa. Potem z ulga zjeżdżam z głównych dróg na ścieżkę rowerową wiodącą przez niskopienny las. Przekraczając krystaliczny, rwący potok, nie zastanawiam się długo. Szybki striptiz i wskakuję do lodowatej wody. W przedpołudniowym upale, po drugiej zarwanej nocy i ponad dobie jazdy, taka kąpiel czyni cuda. Odzyskuję świeżość i siły, z animuszem ruszam dalej.



Z lasu wyjeżdżam na główną szosę wyposażoną w drogę dla rowerów. Wiatr w plecy, lemondka w ruch, bez wysiłku pędzę sobie 35 km/h aż do skrętu w boczną dróżkę. Specjalnie tam poprowadziłem trasę, by uniknąć osiedla oznaczonego jako "Romska osada". Okazuje się jednak, że na drodze, tak obiecująco wyglądającej na mapie, nie ma... mostu.



Drapię się po głowie, ale jadący obok ciągnik wskazuje drogę. Ruszam za nim, gliniastym, dziurawym, rozjeżdżonym samochodami terenem. I tu następuje najbardziej żenujące wydarzenie całego wyjazdu. W końcu nadchodzi pora by SPD, w których jeżdżę dopiero od miesiąca, nie wypięły się w porę. Razem z rowerem przewracam się prosto do kałuży. Kałuży? Do jakiejś wielkiej niecki, wypełnionej gliniastą mazią. Jest tak głęboka, że rower, ciągle przypięty do nóg, znajduje się w końcu nade mną i wciska mnie w błoto. Klnę jak szewc, próbują się wyswobodzić. Cały bok, plecy, tyłek, lewą rękę, mam pokryte grubą warstwą błota. Szczęśliwie nie ucierpiały buty (były wyżej), jak i cudem w błoto nie wpadła manetka.

Nad brodem rozbieram się z tego syfu, piorę, myję. Schodzi mi na to kwardans, a wspomnienie kąpieli w krystalicznym potoku odchodzi w niepamięć na rzecz letniej wody o gliniastym zabarwieniu. Samo pokonanie rzeki to formalność.

Trasa przez Spisz zaskakuje mnie potężnym podjazdem w palącym słońcu. Na szczycie szutrowym łącznikiem przeskakuję na sąsiednią drogę i puszczam się w długi i stromy zjazd do Červengo Klaštoru. Tam wskakuję na trasę wzdłuż przełomów Dunajca. Jest sobotnie popołudnie, więc szlak dość zatłoczony, ale sprawnie slalomem omijam rodziny na rowerach i drepczące pieszo. Aż zatrzymuje mnie słowacki strażnik i upomina, że to turistický šlak z ograniczeniem do 20 km/h, a nie trasa wyścigowa. Trochę zwalniam ale szybko stawiam się w Szczawnicy. Ciągle zmącony Dunajec nie oferuje dziś najwyższej klasy widoków.

Po obiedzie ruszam ku Szlachtowej, skąd rozpoczynam wycieczkę wprost ku Przehybie. Upał wręcz wtapia w asfalt ale niedługo pojawia się i cień drzew a szemrzący strumyk uspokaja. Niedługo też kończy się asfalt, a szutrowa droga nabiera stromizny i czasem pomagam sobie na piechotę.

Jeżdżący terenówką leśnik, minąwszy mnie po raz trzeci, zagaduje. Gdy mówię że idę na szczyt, łapie się za głowę. Mówi że dalej droga się kończy, zaczyna szlak pieszy po kamieniach, na dodatek przemielony ostatnią powodzią. Z rowerem się nie da — mówi.



Zbyt wiele razy ktoś mi w życiu mówił, że czegoś nie da się zrobić. Tym bardziej z rowerem. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował. Faktycznie, droga zamienia się w końcu w kamiennie rumowisko. Trochę podpycham, trochę niosę, ale stromizna rośnie. Po kilkuset metrach nie mam już sił i klnę swą decyzję o wzięciu tak ciężkiego roweru. Zawracam.



Według informacji uzyskanych od leśnika ruszam alternatywną drogą. Niestety, przeoczam zejście na szlak pieszy i kieruję się biegnącą niemal równolegle szutrówką w dół. Gdy droga nagle zawraca, orientuję się w błędzie. Znowu od szczytu dzieli mnie jakieś 200m w pionie, kilometr w poziomie i droga w postaci koryta potoku.

Liczę pozostały czas. Zmarnowałem kilka godzin, wyprułem się z energii kompletnie, i nawet jak dostanę się na Przehybę, to szanse zaliczenia pozostałych dwóch punktów w limicie są bliskie zera. W tej zamotce wokół nieosiągalnego szczytu topnieje gdzieś wola walki i bez większego żalu podejmuję decyzję o wycofie.

Niemalże w tym samym momencie Damian pyta SMSem jak mi idzie. Odpisuję, że już nie idzie i myślę jak wrócić do Krakowa prostą trasą, bo pociągi już wszystkie mi uciekły. On oferuje się z misją ratunkową. Nie odmawiam. Wizja znalezienia się w opłaconym już łóżku w Krakowie jest kusząca. Zjeżdżam do Szczawnicy, wsuwam pizzę pocieszenia, a potem przybywa kawaleria. Co prawda, rozkręcając rower na kawałki by władować go do auta, zaczynam mieć wątpliwości czy podjąłem właściwą decyzję, ale w fotelu odpływam niemal natychmiast, pozostając tylko okazjonalnym partnerem do konwersacji.


Pierwszy raz w życiu wycofałem się z maratonu. Jak wiadomo, zawodnicy dzielą się na takich co już się wycofali i takich co dopiero mają to przed sobą. Pozostaje więc cieszyć się z przynależności do tej bardziej doświadczonej grupy.

Błędów popełniłem masę. Od frywolnego zaplanowania trasy, przez wynikający z tego zły wybór roweru, aż po błędy w żywieniu na trasie, które przedłużyły kryzys. To była bardzo pouczająca porażka.

A Hulakę za rok jadę, choćby się paliło i waliło!

  • DST 436.80km
  • Sprzęt jawol
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 26 lipca 2018

Dojazdy

  • DST 15.00km
  • Sprzęt jawol
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 22 lipca 2018

Misja bagażowa

  • DST 123.44km
  • Sprzęt jawol
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 21 lipca 2018

Kolacja ride

  • DST 44.49km
  • Sprzęt kubek szary
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 16 lipca 2018

Dzidziuś ride

  • DST 15.38km
  • Sprzęt jawol
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 13 lipca 2018

Przejedźmy to jeszcze raz

  • DST 64.23km
  • Sprzęt kubek szary
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 10 lipca 2018

Włodarz w kółko

  • DST 45.20km
  • Sprzęt kubek szary
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 7 lipca 2018

Relaksy ale po górach

  • DST 70.20km
  • Sprzęt kubek szary
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 6 lipca 2018

Jedlinka

  • DST 5.42km
  • Sprzęt jawol
  • Aktywność Jazda na rowerze

Blogi rowerowe na www.bikestats.pl