Plan był niewyszukany: pojechać pociągiem do Częstochowy, wrócić rowerem, zrobić dystans i zebrać trochę gmin. Na wycieczkę udało się namówić Oszeja, który mimo kilkumiesięcznej przerwy zdecydował się od razu na dystans ponad 200km. Podobno jeszcze żyje.
Tempo było wycieczkowe, bez spinania się i z częstymi postojami.
Trasę, zmienianą do ostatniej chwili, sprawdziłem pobieżnie na zdjęciach w geoportalu. Wyglądało na to, że na całej długości będzie asfalt. Miałem wątpliwości odnośnie jednego małego fragmentu. Całkiem słuszne.
Potem wcale nie było lepiej. Województwo opolskie dotychczas kojarzyło mi się z dobrymi asfaltami. Od dzisiaj tak już nie jest. Po skomplikowanych mozaikach dziur, ubytków i kolein dane nam było przejechać grube dziesiątki kilometrów.
Asfalt nienajlepszy ale byle czego się tu nie pije.
Miałem też okazję poznawać drzewa od niecodziennej strony.
Nie była to specjalnie ciekawa trasa ale pogoda dopisała, wiatr bardziej pomagał niż przeszkadzał a oznak nadchodzącej wiosny coraz więcej. Będzie okazja przedłużyć dystanse ale już w żwawszym tempie, bo 10 godzin w siodle juz daje się we znaki.
Zaczęło się od dojazdów do szkoły i pracy. Potem odkryłem sakwiarstwo i pojechałem od razu długodystansowo, z Norwegii do RPA. Obecnie najbardziej kręcą mnie ultramaratony, szczególnie te samowystarczalne, spanie po wiatach, krzakach, kąpiele w rzekach, szelest folii NRC :)