Sobótka w czwarteczek

Czwartek, 25 lutego 2016 · Komentarze(0)
Postanowiłem machnąć sobie stówkę żwawszym tempem. Wybór padł na podwrocławski klasyk, którego w życiu nie zrobiłem. Mowa oczywiście o wypadzie pod Ślężę i z powrotem.

Trasa wiodła w większości po płaskim, więc trochę nuda. Na szczęście piękna, słoneczna pogoda dopisywała. Dopiero sama góra otoczona była okazałymi, kłębiastymi chmurami. Jak nie w zimie.

Podjazd na przełęcz Tąpadła wprost uwielbiam. Rozpala mięśnie, odświeża płuca i rozbudza serce. Dopiero wtedy poczułem, że żyję, a w nagrodę był jeszcze długi zjazd.

Potem już drobienie do Wrocławia, gdzie na dzień dobry dziadzio w Passacie startuje z podporządkowanej prosto na mnie i mija dosłownie o centymetry. Niektórzy chyba nie mogą uwierzyć, że rowerzysta potrafi poruszać się szybciej niż te 15km/h.

Na całej trasie tylko jeden szybki stop za potrzebą. Cztery Grześki MAX wsunięte w locie :)

Zimowe gminobranie

Sobota, 20 lutego 2016 · Komentarze(2)
Uczestnicy
Zima tego roku nie zaskoczyła rowerzystów, więc przyszła pora wysprzątać gminy w południowo-zachodniej części naszego województwa. Na start umówiliśmy się w Zgorzelcu, dokąd zawiózł nasz czerwioniutki niemiecki pociąg relacji Wrocław-Drezno (pod banderą Kolei Dolnośląskich).

W sobotę o 6 rano wrocławski dworzec prezentował krajobraz po bibie, jednak niedobitki szybko opuściły skład w najbliższych wioskach. W Legnicy zapakował się do pociągu Wąski, całkiem rześki i wyspany.



Ja próbowałem uśmiechać się inteligentnie i udawać, że wcale nie wstałem o 4:30. Wyszło jak wyszło:





W Zgorzelcu przywitał nas aromat palonego węgla, lekka mgiełka i coraz silniejszy wiatr z SSW, kierunku idealnie zbiegającego się z naszym początkowym kursem. Efekt jest dość dziwny. Człowiek kręci z mozołem pędząc jakieś 17km/h, czapka nasiąka potem, zaś w nerki ciągle chłodno.

Na pierwsze postoje nie trzeba było długo czekać.



Niebawem mogliśmy podziwiać pierwsze atrakcje regionu. Zdecydowanie gmina Bogatynia to jedna z tych, które zaliczyłem i jakoś nie spieszę ponownie odwiedzać.



Na szczęście szybko wjechaliśmy do Czech, gdzie zaczął się porządny las i porządny asfalt.



To ładne rejony i porządne drogi, które ująłem w propozycji trasy na Maraton Podróżnika. Demokracji się nie spodobały a szkoda.

Do Lubania popędziliśmy z wiatrem, w większości po równiutkim asfalcie i z niewielkim ruchem samochodów. Tam odwiedziliśmy sprawdzony już zawczasu lokal:



Bar Ratuszowy na rynku. Polecam. Szybko, smacznie i w dobrej cenie.



W przedsionku przyłapuję Wąskiego na wąchaniu mojego koła. Nie wiem co o tym myśleć, na wszelki wypadek puszczam go przodem.

Ten wyrywa z kopyta i goniąc go nie mam szans zrobić więcej zdjęć. Trasa jest zmienna. Na przemian ciągnące się przez wieczność piłowanie pod górkę i pod wiatr wiejący czasem i 10m/s, po czym zwrot i kilometry połykane z wiatrem w szaleńczym tempie.

Za Lwówkiem Śląskim dopada nas zmrok a wraz z nim deszcz. Jazda w taką pogodę w lutym nie należy do luksusów. Do Złotoryji jest jeszcze znośnie a potem, gnając z wiatrem do Legnicy, wzbijamy tylko piuropusze wody. Moknie wszystko.

Do Legnicy docieramy z wynikiem 192km na liczniku. Wąski odbija do domu a ja mam jeszcze ponad godzinę do pociągu. Decyzja o dokręceniu dwie stacje dalej jest oczywista. Najpierw przebijam się przez legnickie blokowiska gdzie oficjalnie oznakowana droga dla rowerów oferuje kałuże i grząskie błoto. Potem trafiam na wioski z tradycyjną nawierzchnią z kocich łbów. Udaje mi się rzutem na taśmę zaliczyć dwie gminy, w duchu ciesząc się, że nie trzeba tego robić dwa razy.

Do pociągu wsiadam mokry i ubłocony, wzbudzając zainteresowanie i chyba współczucie pasażerów. Wyciągając banknot 50zł rozbijam bank i pozbawiam konduktora absolutnie wszelkiego bilonu. Zasobniejszy o pół kilo złomu wracam do domu i pół godziny spędzam pod prysznicem, przywracając mojemu ciału temperaturę żywego człowieka.